bez marzeń


Chciałem, wciąż i wciąż.
W szkole, na spóźnionych wykładach, w pracy. Miłość
to luksus, na który nie było mnie stać.
Znawczynie sztuki, poganiane batem woźnicy, przychodziły same,
nieproszone,
wolałem dziwki, które płakały
czytając podarte rękopisy.

Opróżnione butelki wrzucaliśmy do morza. Poranne zasypianie mew
i moje wieczne zdziwienie. Tandeta.
To nic wielkiego żyć, pławić w rozchylonych płatkach róż,
wylizywać wschody i zachody słońca.
Młodość.
Przekleństwo wyobraźni, zgrillowana wieczność.

Minęło zbyt szybko, przeszło tuż obok.
I to nie byłem ja.

Zima. Przystanek autobusowy w górskiej miejscowości i ona.
Gdybym wiedział, że ucieknie mi czas, oczy tak wielkie,
podarłbym bilet i zmusił się do otarcia łez.
Ale ich nie było.
Granica między jaźnią, a marzeniem nie istnieje.
Jest poczucie zawiedzionych szans, zamknięcie drogi do nieba.

Znowu plaża, upał – nadciągający szkwał. Wymalowana lala
wciąga brzuch, dzieciaki drą się w wniebogłosy, a ja odganiam od os.
Parno i duszno. Zapach gnijących glonów. W telefonie sześć
nieodebranych rozmów – czekam na deszcz.

Zbyt łatwo rozdrapać rzucony na pożarcie los, dużo trudniej
pozbierać resztki, które wypluje nam świat. Pewni sukcesu,
tacy niewinni.

Autor: hopeless Kategoria: Filozoficzne

 

Oceń wiersz

 

Komentarze

Komentować mogą tylko zalogowani użytkownicy. Jeśli nie masz jeszcze konta, możesz się zarejestrować.


.

  • Autor: artur s Zgłoś Dodany: 21.07.2018, 17:11

Kipi życiem..tylko czy tak miało być...

Czekam na deszcz..

Piękne. 5.