źródło

Źródło

***
W dzikim gąszczu lasu
Młoda Miriam stała
Była wystraszona
Bo boru nie znała

I stoi samotna
Pośród drzew gęstwiny
Odeszła daleko
Od swojej rodziny
Bowiem usłyszała
Cichy szum strumienia
Który dotknął struny
Jest duszy istnienia
Wówczas popłynęły
Z jej oczu łez tonie
I wzniosła ku niebu
Delikatne dłonie

I rzekła „Niech będzie
Niechaj to się stanie
Pójdę pójdę z wiarą
Na lasu rozstaje
Za strumieniem życia
Co swą siłą nęka
Pociąga mnie stale
Aż mi serce pęka
Bo głos jego czuły
Słodki dobrotliwy
A przy tym tak mocny
Stanowczy prawdziwy
Jakże go nie słyszeć
Nie być nań wrażliwym
Nie mogę nie ulec
Bo mi jest tak miłym
Pokój mi przynosi
I radość pomnaża
Niech sobie ktoś myśli
I wszystko rozważa
Ja czuję tu dobroć
Czułość niesłychaną
I tęsknię już za nim
Jak głodny za manną
Tak więc pójdę pójdę
Za strumieniem życia
By dokonać mego
Miłości odkrycia”

Teraz stoi w ciszy
Swego zamyślenia
Bowiem nie dociera
Do niej szum strumienia
Nadsłuchuje stale
Wokół się obraca
Oczy swe zamyka
Głowę w górę zwraca
I nagle ku wielkiej
Dziewicy radości
Dochodzi jej uszu
Słodki głos miłości
Ta rzuca się pędem
W stronę dźwięków toni
Choć rana jej serca
Kropelki krwi roni


Rana nie jest duża
Na sercu powstała
I chyba ją zawsze
W boku swoim miała
Czasami woń straszna
Z niej się wyłaniała
Bolała ją bardzo
Aż Miriam truchlała
To znamię ludzkości
Rana człowieczeństwa
Świadectwo niewiary
Przyczyna męczeństwa

Lecz biegła przed siebie
W ów głos zasłuchana
Pełna zachwycenia
Żywa roześmiana

***

A dotarłszy wreszcie
Nad strumienia wody
Schyliła dłoń swoją
By zaczerpnąć wody
Z przezroczystej toni
By ulżyć choć trochę
Ust wyschłych pragnieniu
By ochłodzić lico
W tym czystym strumieniu
Woda była smaczna
I orzeźwiająca
Chłodna wyśmienita
Pragnienie kojąca
Lecz także i dusza
Miriam skorzystała
Bo otwarta rana
Krwawić wnet przestała
Nie czuła tak bardzo
Jej cierpkiego kłucia
Lecz doznała w sercu
Dziwnego odczucia
Trudnego by wskazać
Jego pochodzenie
By godnie opisać
Przyczynę znaczenie
A dało jej duszy
Ulgę niesłychaną
Czyżby dla strumienia
Była rana znaną
Czyż ono wiedziało
O boku otwartym
I o przeznaczeniu
Dla niego zawartym
W osobowej Myśli
Być może że prawdą
Jest to przypuszczenie
Być może wiadome
Dobrze przeznaczenie
Strumieniowi rany
Co w sercu tkwi duszy
I doznaje ciągle
Obfitej katuszy
Lecz dość o tem

Miriam wyciągnęła
Swoją dłoń z powrotem
Aby jeszcze trochę
Zakosztować wody
Która daje tyle
Jej duszy ochłody
Teraz jej oblicze
Uśmiech rozpromienia
Albowiem doznała
W bólu ukojenia
Podnosi się wstaje
Bo szum ze strumienia
Cichy rozpoznaje
A woła ją czule
Wzywa po imieniu

„Nie zatrzymuj myśli
Tylko na strumieniu
Lecz podążaj dalej
Dalej nieprzerwanie
Aż przy samym źródle
Twoja stopa stanie
Ty podążaj dalej
Dalej nieprzerwanie
Aż przy samym źródle
Twoja stopa stanie”

***

Więc Miriam natchniona
Pełnym Ducha słowem
Poszła z ufną wiarą
Za głosu przewodem

Koryto strumienia
Przedziwnie się wiło
Tu przed małym wzgórkiem
Nagle się ukryło
Ale przy rumiankach
Znów się pojawiło
Tu krzewy paproci
Z niego wodę piły
Tam gałązki świerku
Nad nim się chyliły
Kaczeńce z radością
Pąki rozwijały
Tataraki dumnie
U brzegów wzrastały
Tu mała sikorka
Siadła na kamieniu
I suszy skrzydełka
Zmoczone w strumieniu
Widać piękną ważkę
Na trzcinie siedzącą
I na zdobycz pewną
Pilnie czekająca
Tam się ze strumienia
Ropucha wyłania
Lecz dobrze ukryta
Przed wzrokiem bociana
Młodego zapewne

Strumień spływał z góry
Opadał nieznacznie
Więc Miriam szła blisko
I patrzyła bacznie
W którą stronę skręca
Gdzie wznosi się spada
Dźwięczała jej ciągle
Jeszcze w uszach rada
By brnęła do przodu
By iść nie przestała
By pomimo trudu
Się nie zatrzymała
Dlatego szła żwawo
Do źródła strumienia
Do krynicy prawdy
Swego przeznaczenia
A choć pięknem lasu
Była zachwycona
To jednak ogromnie
Była już zmęczona
Bo otwarta rana
Znów boleć poczęła
I bardzo obficie
Krwawić jej zaczęła
Z bólu przystanęła
I na łoże trawy
Wnet się osunęła
Biedaczka omdlała
I bez przytomności
Tak chwilę leżała

Wtem strumienia wody
Z brzegu wystąpiły
A zwilżając usta
Miriam ocuciły
Otworzyła oczy
Cierpieniem zamglone
Były pełne bólu
Smutne przerażone
Głos jednak subtelny
Szumu posłyszała
By mocno wierzyła
Się nie poddawała
By w wodach strumienia
Palec zanurzyła
I ranę otwartą
Lekko pokropiła
Zrobiła to z trudem
Lecz po krótkiej chwili...

Tak to była prawda
Strumień się nie mylił
Jakaś dziwna siła
W dzieweczkę wstąpiła
A rana jej serca
Już krwią nie broczyła
Usiadła na trawie
Jeszcze osłabiona
Lecz była już inna
Jakby przemieniona
Wyciągnęła rękę
W kierunku strumienia
Z wdzięcznością za wielką
Łaskę uzdrowienia
Bo choć rana nadal
W boku lewym tkwiła
To jednak krew wcale
Z niej się nie sączyła
Lecz ciągle ją czuła
Choć ta nie bolała
Więc bardzo ostrożnie
Podniosła się wstała
By dalej za głosu
Podążać przewodem
Co kierunek drogi
Wyrzekł dźwięcznym słowem

Szła ufna nad miarę
Swego położenia
Pełna prostej wiary
W stronę przeznaczenia
Ptaki nad jej głową
Przeróżne fruwały
I triumf miłości
Słodko opiewały
Tak szła szła wytrwale
Gęstym w drzewa lasem
Przystawając krótko
Na swej drodze czasem
Bo czuła znów ranę
Choć ta nie krwawiła
A przypominała
Że w boku wciąż tkwiła

***

Doszła do polany
Ukrytej wśród lasu
Której piękna krasy
Nie dotknął ząb czasu
Oświetlona wokół
Słońca promieniami
Lśniła przecudownie
Tęczy kolorami
Rosły tu konwalie
Pokornie schylone
Chabry granatowe
Ku niebu wzniesione
Dzikie polne maki
Czerwienią rażące
Niskie gęste mlecze
Żółciutkie jak słońce
Biała koniczyna
O potrójnych liściach
Gdzieniegdzie jagody
O dorodnych kiściach
Były tam borówki
Choć mało widoczne
Niezapominajki
Kwiatki biało-oczne
Rosły tam też trawy
Różnorakiej maści
Poziomki jeżyny
Grzyby i maliny
Były krzewy morwy
Skromne niewysokie
I drzewo kaliny
Dorodne szerokie

A w środku polany
Stała naga skała
Z której to pęknięcia
Woda wypływała
Tu znalazł już kres swój
Nie kres a początek
Strumień co wypłynął
Kiedyś dawno w piątek
Spływając powoli
Ze swojej krynicy
Ukrywa koryto
W zalesionej dziczy

Miriam przystanęła
Przy źródle strumienia
Bardzo zapłakana
Drżąca ze wzruszenia
Dotarła do końca
Swego wędrowania
Upadła przy źródle
Na oba kolana
Przytuliła lico
Do pęknięcia skały
A łzy jej obficie
Po twarzy spływały
Zaczerpnęła dłonią
Lecz z samej krynicy
Nigdy nie poczuła
Tak wielkiej słodyczy
A rana otwarta
Nadal w boku tkwiła
Lecz teraz woń piękna
Się z niej roznosiła
To działanie źródła
To cud uzdrowienia
Darowania grzechów
Łaski przebaczenia

***

Źródło ją tu wiodło
Do niej przemawiało
Aż się jego woli
Zadość w końcu stało

Chciało aby żyła
Wolna w przeświadczeniu
Że rana jest darem
Zadanym stworzeniu
Bo jak strumień wody
Z pęknięcia wypływa
Tak też z rany boku
Blask wolności spływa
Tylko trzeba duszy
W ogromnej pokorze
Nie w gniewie i lęku
Obrazie i sporze
Stanąć tuż przy skale
Tuż przy jej krynicy
I zaczerpnąć dłonią
Z wiecznej tajemnicy
I dalej iść drogą
Do portu zbawienia
By dostąpić w niebie
Z Bogiem zjednoczenia

***

Więc podążaj duszo
Z wiarą i odwagą
Kieruj się do źródła
Z ufnością rozwagą
Nie chciej dla swej rany
Serca zagojenia
Lecz umysłu woli
Pragnień uzdrowienia
Abyś przytulona
Do żywej Krynicy
Miała też swój udział
W Boga tajemnicy

Oceń wiersz

Komentarze

Komentować mogą tylko zalogowani użytkownicy. Jeśli nie masz jeszcze konta, możesz się zarejestrować.