Pasterz z Engaddi
Pasterz z Engaddi
Prolog
O duszy co szuka
Swego przeznaczenia
Swego sensu celu
Powodu istnienia
O duszy stęsknionej
Za Nieogarnionym
Tym Czułym Jedynym
I Niezastąpionym
O duszy ach przecież
Nie o niej tak w prawdzie
Lecz o tej Istocie
Wiecznie żywej tam gdzie
Roztacza swe skrzydła
Wieczność życie trwanie
Gdzie prowadzi stałe
W wierze umieranie
Och czy wypowiedzieć
Jego Imię mam je
Nie mogę bo dusza
Z tęsknoty ustaje
I łez obfitości
Wylewać nie staje
Moment I
W gęstym lesie stała
Przed jaskinią ciemną
W ręku swoim świecę
Trzymała płomienną
Weszła wolno z lękiem
Niepewnie ostrożnie
Jej lico musnęło
Powietrze tak mroźne
Że zmrużyła oczy
Lekko się cofnęła
Westchnęła głęboko
Dłonią przesunęła
Po licach czerwienią
Oblanych z przestrachu
Zacisnęła piąstki
Na dębowym lachu
I ruszyła śmiało
Do wnętrza jaskini
Nie wiedząc czy ujrzy
Się znowu z bliskimi
Lecz to nie tak ważne
To nie ma znaczenia
To nie byłyby powód
W jaskinię wkroczenia
To po co tam poszła
Po co tam wchodziła
Czy w domu z bliskimi
Aż tak się nudziła
Cóż ona tam znajdzie
W krainie ciemności
Tam nie ma zabawy
Beztroski radości
- - - - - - - -
Świeca swoim blaskiem
Drogę rozjaśniała
I sromotę wnętrza
Jej ukazywała
Ściany były mokre
Zimne obce srogie
Dla kogóż by było
Takie miejsce drogie
Zimno tak ogromnie
A choć suknia lniana
Od spodu podszyta
Suknem po kolana
Ziąb dziewczę ogarnął
Więc mocniej się wsparła
Na drągu dębowym
I do przodu parła
Lecz w jednym momencie
Tak nagle znienacka
Poczuła na sobie
Ostre szpony gacka
Cofnęła czym prędzej
Do tyłu rączynę
I z siłą ogromną
Chwyciła gadzinę
Którą szybkim ruchem
W kąt jaru rzuciła
A cofając rękę
Swą świecę zgasiła
Zaległy więc z nagła
Ciemności egipskie
A kamienie przecież
Były w jarze śliskie
Nie miała krzesiwa
O nim zapomniała
Gdy za swą tęsknotą
W drogę wyruszała
Więc szła po omacku
Na lachu swym wsparta
Jak nędznica bosa
Ze wzroku odarta
-------------
Stanęła na chwilę
Czy cofnąć się miała
Czy może iść dalej
W sercu rozważała
Lecz jakże by mogła
Porzucić pragnienie
Jakże zaprzepaścić
Dalsze swe istnienie
Nie mogła tak czynić
Chociaż się lękała
Nie mogła tak zrobić
Bo by nie przestała
Tęsknić niesłychanie
Za Umiłowanym
Za swym Oblubieńcem
Za swym Ukochanym
On tam na nią czeka
Wygląda jej przyjścia
Więc musi iść dalej
Do końca do wyjścia
Moment II
Gdzie polana jasna
Wokół się rozlega
A stado złocistych
Owiec po niej biega
Tam jest ten Jedyny
Pasterz co przed rokiem
Rozkochał jej serce
Tulił nad potokiem
Bystrym i subtelnym
Jakby był ich druhem
Przyjacielem wiernym
Co sekret kochania
We wnętrzu swym chowa
Choć by za to miała
Spaść mu z barków głowa
Jej oczy iskrzyły
Płonęły z miłości
Och ileż tam było
Słodyczy czułości
Leżeli przy sobie
Pod mirtowym drzewem
Na polach Engaddi
Otoczeni śpiewem
Królewskich skowronków
Słodką przesyceni
Mirry miodu wonią
Sobą otuleni
Niby szatą drogą
Patrzyła na Jego
Twarz rozpromienioną
Miłością przeczystą
Jakby przebóstwioną
Jego krągłe oczy
Choć nie przeniknione
Lazurowe czyste
Ciszą przepełnione
Nic prawie nie mówił
A ona do Niego
Tylko patrzył na nią
A ona na Niego
Przesunął swe lico
Do jej płonnej twarzy
I swym pocałunkiem
Subtelnym obdarzył
Muskając jej szyję
Lśniącym kruczym lokiem
Potem spojrzał na nią
Tak potulnym wzrokiem
I szepnął na ucho
„Jam twój a tyś Moją”
I dotknął jej usta
Kształtną dłonią swoją
By nic nie mówiła
Nie odpowiadała
Jakby Jego dusza
Jej odpowiedź znała
Przytulił ją jeszcze
Do serca swojego
Zamknęła swe oczy
I usnęła w Jego
Miłosnych ramionach
A gdy swe powieki
Podniosła zbudzona
Była sama jedna
Płaszczem otulona
Moment III
Teraz idzie za Nim
Na łąki Engaddi
Jednakże czy dotrze
Czy sobie poradzi
W tej ciemności wielkiej
W jaskini otchłani
Gdzie jej stopy bose
Szorstka skala rani
Idzie idzie prosto
Miłością wiedziona
Ufna pewna śmiała
Jak zauroczona
Lecz w ciasnym tunelu
Jaskini przewrotnej
Powietrze jest cięższe
I boli okropnie
Każdy oddech duszy
I dodaje jeszcze
Jej wnętrzu katuszy
Opiera się teraz
Mocniej na swym dębie
Kiedy wchodzi wolno
Wolno coraz głębiej
Duszno jej nie może
Złapać tam oddechu
I siada na mokrym
Jaskiniowym mechu
„Och moja Miłości
moje Ukochanie
czy warte jest moje
to wielkie staranie
Jeżeli tu umrę
Nie ujrzę Cię wcale
Czy słyszysz Najdroższy
Mej tęsknoty żale”
„Jam twój a tyś moją”
Wokół się rozlega
I znękane dziewczę
Głos czuły dobiega
Łzy trysnęły wielkim
Z jej oczu strumieniem
I wstała by dążyć
Za głosu Istnieniem
Włosy rozpuszczone
W tył głowy zgarnęła
I choć z trudem pewnym
Iść znowu zaczęła
Dyszała okropnie
Była potem zlana
Blada jakby z kości
Słoniowej utkana
Szła szła powoli
Czasem trochę prędzej
A korytarz jaru
Wił się coraz głębiej
Skały stopy bose
Raniły niezmiernie
Czy Pasterz jest godny
Tak miłości wiernej
Na pewno
Przystaje ponownie
Bo ustać nie może
Osuwa się blada
Na skalne podłoże
„O jak jestem godna
ja pożałowania
stałam się Pasterza
ofiarą bajania
Czy ten co by kochał
Pozwolił by na to
By przedmiot miłości
Cierpiał jak ja oto
Tutaj w tej ciemnicy
W zimnie i wilgoci
Głupiutka gąseczko
Tak chciałaś czułości
To masz jej tu przecież
Ilość nieprzebraną,
A twój ukochany
Jest kamienną ścianą”
Załkała bezgłośnie
Lecz po krótkiej chwili
Zaczęła zawodzić
Jakoby ją bili
Była przelękniona
Sama w tej jaskini
I za to cóż biedna
Sama siebie wini
„Och, och ja nieszczęsna
Och ja nieszczęśliwa
Czy mi nie mówiła
Mamuś dobrotliwa
‘Nie idź dziecko nie idź
Zostań że tu z nami
Będziesz się bawiła
Z innymi pannami’
Cóżesz ja tu pocznę”
Głową potrząsnęła
W dół pochyliwszy
Głęboko zasnęła
Moment IV
Leżała na łące
Tuż obok Pasterza
Była zaskoczona
Oczom niedowierza
Lecz to była prawda
Senna lecz prawdziwa
Znów ich otaczała
Niwa urodziwa
Był strumyk i ptaki
I mirry woń silna
Lecz ona się trzęsła
Z ogromnego zimna
Pasterz ją przytulił
Do serca swojego
Płomienną miłością
Ku niej zbyt pełnego
Jego lazurowe
Oczy łzy rosiły
I z tęsknym wyrzutem
Na dziewczę patrzyły
„Nie płacz nie upadaj
na duchu kochanie
twój trud i udręka
są mi dobrze znane
a choć bym potrafił
przenieść w morze góry
nie mogę do ciebie
między jaru mury
przejść lecz czekać mogę
tylko tu na ciebie
byśmy mogli wiecznie
spoglądać na siebie
Idź idź moja miła
Moja ukochana
Moja gołąbeczko
Memu sercu dana
Moment V
Tak się obudziła
Lecz to coś dziwnego
Bo nie odczuwała
Już zimna żadnego
Zerwała się pędem
Łzami oślepiona
„Przepraszam kochany”
Wołała wzruszona
„Już idę do Ciebie
Ty czekaj tam na mnie
I kochaj tak mocno
Że za siebie za mnie”
Szła jednak powoli
Czasami stawała
Kuliła się znacznie
Kładła się siadała
Roniła łez tonie
Krzyczała też gniewnie
Śmiała się milczała
I płakała rzewnie
Moment VI
Lecz o śnie cudownym
Już nie zapomniała
A Engaddi niwa
Smutek przemieniała
W radość na jej licu
Bo gdy jej granicę
Zieloną przekroczy
Dostrzegą Pasterza
Jej błękitne oczy
--------
Tak szła szła wytrwale
Bosa poraniona
Zziębnięta przemokła
Lecz rozpromieniona
A gdy jej blask wyjścia
Oczom się ukazał
Biegła co sił w nogach
Choć ją blask urażał
Bo serce radością
Było przepełnione
A pragnienie duszy
Niemalże spełnione
Epilog
Dobiegła nareszcie
Do kresu swej drogi
Chociaż ją przenikał
Mróz wściekły i srogi
Rzuciła się prosto
W Pasterza objęcia
I załkała głośno
Z wielkiego przejęcia
On spoglądał na nią
A ona na Niego
On jej nic nie mówił
A ona do Niego
Tak stali w tuleni
Pośród niw Engadii
Zakochani wielce
Ze spotkania radzi
---------
I tak już zostało
Poprzez wieczność całą
Wielka Żywa Miłość
Złączyła się z małą
Oceń wiersz
Komentarze
Komentować mogą tylko zalogowani użytkownicy. Jeśli nie masz jeszcze konta, możesz się zarejestrować.






