Kapłan i Sędzia

Sędzia i Kapłan


Mieszkał wówczas w mieście owym
Co Sylstrzykiem zwał się Nowym
Pan o godziwym już wieku
Lecz co by rzec o tym człeku
W sobie tę godność zasiewał
Lecz się z Bogiem wadził gniewał
Żarty sobie z Niego stroił
Tak krwawiące serce koił
Wszyscy jednak go cenili
Chociaż źli na niego byli
Że on z wiary ojc Opoki
Z śmiechu rwał niemalże boki
Ale za co go cenili
Ale za cóż go lubili
Bo był sędzią w owym mieście
I pilnował by w areszcie
Pusto było dnia każdego
Wszystkich skłaniał do dobrego
I szanował wszystkie stany
Równi byli chłopi pany
Godził chętnie każde spory
Zachęcając do pokory
Zawsze był dobrze ubrany
Schludny czysty i zadbany

* * *
Miał zaś żal wielki do Boga
Że umarła jemu droga
Eustachia jego żona
Choć z nim tylko zaręczona
On tak mówił zawsze o niej
Bo żył odtąd tylko dla niej
Gdy biedna zachorowała
Ze dwadzieścia wiosen miała
Płuca były bardzo słabe
Lico prawie zawsze blade
Zeszła cicho z kręgu ziemi
Tak to jest z ludźmi prawemi
Krótko żyją między swymi
Będąc sami bogatymi
W miłość prawość pokój wiarę
Za nas swą dają ofiarę
Byśmy także jak i oni
Mogli kiedyś w szczęścia toni
Niebios przepięknej krainie
Znaleźć życia dopełnienie

* * *
Jednak sędzia człek uczony
Po odejściu swojej żony
Zamknął serce swe na wiarę
Bo za bezpodstawną karę
Uznał śmierć swej ukochanej
Tak Przedwiecznemu oddanej
Za nim zmarła jeszcze jemu
Jak spadkobiercy swojemu
Zostawiła prośbę małą
Aby siłę ducha całą
Co miłością do niej płonie
Niczym miłosierdzia tonie
Rozlał na mieszkańców miasta
Bo z dobroci dobroć wzrasta
Przysiągł jej że prośbę spełni
Że testament ten wypełni
I był wierny swej przysiędze
Bo miłości był potędze
Oddan choć nie tak jak trzeba
Gdyż w pogardzie miał drzwi Nieba

* * *
I tak z oddaniem pracował
Aż się wielce rozchorował
Długo leżał osłabiony
Był ze śmiercią pogodzony
Sąsiad nim się opiekował
Bo każdy go tu szanował

* * *
Przyszedł pewnego wieczoru
Pomimo długiego sporu
Tej mieściny proboszcz stary
W płaszcz odziany długi szary
Przyniósł z sobą sakramenta
Bo gdy umierała święta
Eustachia sędzi żona
Świętym wiatykiem wzmocniona
Błagała by kapłan Boży
Gdyby jego śmierci dożył
Z Panem Bogiem go pojednał
I zbawienie mu wyjednał
Stanął przy chorego głowie
Czekał co ten na to powie
„Co tu robisz stary zgredzie
Czyżbyś zaczął ty żyć w biedzie
Już ci twój Bóg nie pomaga
Bo zbyt stary niedomaga
Masz Go z sobą widzę przecie
Nawet ‘witam’ nie powiecie
Przyszedł spryciarz i mistrz Jego
Oj kolego mój kolego
Nic tu nie uzyskasz drogi
Jam jest sędzia twardy srogi”
„Zamilcz głupcze” kapłan rzecze
„Och ty biedny mój człowiecze”
„Com już twój jest nie pleć stary
Mam ci kupić okulary
Jam jest sędzia znasz mnie przecie
Czyż nie diabłem mnie tu zwiecie
Teraz we mnie człeka widzisz
Ja ci dam że aż się zdziwisz”
„Nie pleć tyle szkoda śliny
Jestem ja tu z tej przyczyny
Że gdy umierała święta
Gdym jej podał sakramenta
Za sutannę mnie chwyciła
Oczy we mnie łzawe wbiła
I błagała bym ja tobie
W śmierci ciemnej smutnej dobie
Przyniósł święte sakramenta”
„Masz ty to gdzieś w dokumentach
Przestań draniu mi tu jęczeć
Przestań gadać przestań sterczeć
O mej żonie nie wspominaj
Wkładaj biret płaszcz zapinaj
Wynoś się z mojego domu
Nie potrzebnyś tu nikomu”
„Nie ja się stąd już nie ruszę
Bóg chce zbawić twoją duszę
Chce by tam ona bywała
Gdzie twa luba zamieszkała
Przestań krzyczeć przestań wreszcie
Zasłużyłeś się w tym mieście
Ja zaś swe słowa rzucałem
Bo twą duszę zdobyć chciałem
Jesteś dobrym sędzio człekiem
Coraz doskonalszym z wiekiem
Lecz jednego ci brakuje
Że miast Boga żal zajmuje
Twoje serce od lat tylu
A w nim kropel łez jak w Nilu
Kropel wody jest bez liku
Masz tu zdjęcie na stoliku
Eustachii twej kochanej
Znanej ci a tak nieznanej
Ona wszystkim wszystkich była
I za ciebie się modliła
Ona cię uczyła wiary
Nikt nie widział takiej pary
Jak wy dwoje tak wspaniali
Choć twe sądy wszyscy znali
Sędzio sędzio bądź wzruszony
W imię twojej zmarłej żony
Otwórz swoje serce Bogu
Gdy na śmierci stoisz progu
Pomyśl pomyśl proszę
Z jej tu woli Boga wnoszę
Ona by na pewno chciała
By twa dusza z Bogiem trwała
Nie ma co żyć dalej w złości
Nie ma co sycić żałości
Ja dróg Bożych nie znam biegu
Są mi nikłe tak jak śniegu
Płatki jakże delikatne
Tak urocze i powabne
Nie wiem czemu Pan wszechrzeczy
Tak buduje los człowieczy
Że co kocha ów odbiera
I środkami nie przebiera
Lecz wiem jedno że On kocha
Cierpi kiedy człowiek szlocha
On jak dzieci nas traktuje
Wiarę miłość w nas buduje
Nie rozumiem myśli Jego
Nie pojmuję choć jam Jego
Trwam choć czasem w ciemnym lesie
Czekam co mi dzień przyniesie
Smutek radość gniew złość trwogę
Czasem wytrzymać nie mogę
Lecz trwam przy Nim bom jest Jego
Bo pamiętam słowa Jego
Że kto pragnie być z Nim blisko
Musi iść ścieżyną śliską
Jako On cierpienia wzgardy
Ze wszystkiego był odarty
Trudna jest wiem miłość Jego
Ja wciąż pytam Go dlaczego
Odpowiada mi milczeniem
Staje się jakby kamieniem
Mam ochotę Go porzucić
Krzyczeć wrzeszczeć kląć się kłócić
Lecz emocje opadają
Myśli się swobodne stają
Idę ciągle zły do Niego
Patrzę długo na krzyż Jego
I z Nim dalej pozostaję
Choć Go pojąć się nie daje
Lecz On kocha kocha szczerze
Chociaż nie pytając bierze
Otwórz serce swe dla Boga
Gdy osiąga kres twa droga”

* * *
Tu zakończył milczał sędzia
Przejęty słowy orędzia
Milczał długo oczy zmrużył
Dłonie na skroniach położył
Nagle zaczął szlochać rzewnie
Ręce w pięści ścisnął gniewnie
Jęczał krzyczał stękał wzdychał
Z trudem ogromnym oddychał
Kapłan stał przy nim wzruszony
Wiedział że jest już zbawiony

* * *
Sędzia się z Bogiem pogodził
Uśmiech mu lica osłodził
Odszedł prawdą umocniony
By na świętych zasiąść trony

Oceń wiersz

Komentarze

Komentować mogą tylko zalogowani użytkownicy. Jeśli nie masz jeszcze konta, możesz się zarejestrować.