Skażony

Wstaje brudny razem z słońcem
Zakurzonym dniem po dniu
Obojętnym na wołanie
Z ust modlitwy płyną znów
Wstaje, musi, chce czy nie chce
Wylęgarnią jest dla snów
Nagość ducha budzi we mnie
Nie ukryje własnych lęków
Nie ukryje przed nim ich

Na stojąco śpię i kocham
Bo podpieram niebo ręką
Żeby w nocy mi nie spadło
Kiedy w nocy śni się wielkość
Nie rozrywam się na strzępy
Bo już nie ma, z czego rwać
Tylko w oczach resztki woli
Coś, co każe dalej trwać

W usta łapie powiem wiatru
Pocałunki duszy w nim
Rozrzucony dotyk myśli
Setki pragnień, sennych wizji
Karmię nimi swój poranek
Zaspokajam własny głód
Żeby lepiej wtopić w szarość
Zasklepionych uczuć mnogość
Zalepionych oczy chłód

Dalej słucham, dalej widzę
Dalej myślę, dalej szydzę
Bo choć patrzę prosto w oczy
Widzę tylko prawdy własne
Świat skażony cudza myślą
Mi nie groźny, przeźroczysty
I dlatego wśród ścian białych
Ciągle szukam własnej twarzy
Bo odbicia cudzych myśli
Nie są warte dla mnie nic
Jak wczorajszych modlitw szum

Zapadam się w siebie
Zapadam się głębiej
Nie czuje już nic
Otaczam się lodem
Nie liczę już snów
Klątwy rzucam przeciw słońcu
Bo nadzieje budzi w sercu
Kłamstwem budzi każdy dzień
Żeby rzucić mnie na pastwę cieniom myśli
Gdy nadchodzi z mroku sen

Oceń wiersz

Komentarze

Komentować mogą tylko zalogowani użytkownicy. Jeśli nie masz jeszcze konta, możesz się zarejestrować.


piękny wiersz. bardzo mi się podoba:)